Egzotyczne wyprawy

Zagraniczne wojaże nigdy nie pasjonowały mnie jakoś bardzo szczególnie. No, bo właściwie jestem Polką, mieszkam w Polsce, Polska to moja jedyna kolebka i jestem z nią związana w pewien niewytłumaczalny, i jednocześnie bardzo typowy sposób. Niemniej jednak kiedyś dałam się namówić mojej przyjaciółce na życiową przygodę – Azja, a dokładniej jej południowe i wschodnie krańce. Jakby na to nie patrzeć wycieczka zapowiadała się całkiem nieźle. Pobyt w trzygwiazdkowym hotelu, o którym mówią, że jest utrzymanym w prawdziwie staro azjatyckim stylu, niezliczone ilości wyjazdów w głąb azjatyckiej pustyni, zagłębienie się w kulturę Azjatów, którą tak się pasjonuję. Wreszcie dałam się namówić i pojechałyśmy. Na miejscu, tak jak obiecywała, było niesamowicie. W hotelu rozpakowałam się i zeszłam na parter, ponieważ była pora lunchu. Zdziwiłam się, ponieważ w stołówce nikogo nie zastałam. Poszłam więc dalej, otworzyłam pierwsze drzwi jakie napotkałam na swojej drodze i wyszłam na przepiękny, wypełniony po brzegi zajadającymi tradycyjne satay taras z drewna. Natychmiast ujrzałam cudowne ozdobienia, ornamenty, każda deska tarasowa posiadała także specjalne żłobienie. Od razu było widać, że to nowiutki ośrodek, ponieważ nic nie było zniszczone, co więcej, drewno egzotyczne, z którego cały taras był zrobiony, pachniało jeszcze lasem. Od razu polubiłam to miejsce i już pierwszego dnia wiedziałam, że będzie to niezapomniany tydzień. Tego samego dnia obiecałam sobie, że już zawsze będę słuchała mojej przyjaciółki, kiedy następnym razem będzie wyciągać mnie na jakieś zakątki świata, bo dziś udowodniła, że faktycznie zna się na rzeczy i można jej ufać.
